Puzzle

    Nazajutrz do gabinetu Pana dostarczono szarą dużą kopertę. 
- Dziękuję Stella. - Odparł od niechcenia nim zobaczył co przyniosła sekretarka.
      Szybko odpieczętował przesyłkę


Szpital, ul. Zapomniana droga 5

 - Zdaje się, że czeka mnie wycieczka. - Powiedział do siebie. Zebrał się w mgnieniu oka. Gdy wychodził powiedział tylko:
- Stello nie będzie mnie już dzisiaj. Kontaktuj się ze mną telefonicznie. 
    W drzwiach wpadł na Włocha. Ten zdziwiony zachowaniem przyjaciela, starał się go wybadać:
-  Spieszysz się jakbyś planował oświadczyny. - Naigrywał się z Pana.
-  Lepiej mój drogi! Lepiej! - Krzyknął już ze schodów.



Droga do szpitala była kręta i wiodła przez las, znajdujący się z drugiej strony miasta. Dopiero na wzgórzu wyłaniał się zarys budowli. Zdziwił Pana widok pałacyku o jasnych ścianach. Widać, że zarządca dba o budowlę. Cały teren był oddzielony od lasu zabytkowym ogrodzeniem z cegły i metalu. A teren wewnątrz zadbany i przekształcony w przepiękny ogród z rzadką roślinnością. Ciężko było uwierzyć, że pośród lasu było takie miejsce. Pan zatrzymał się na podjeździe, tuż przed wejściem. Na schodach natychmiast pojawiła się pielęgniarka.
- A pan do kogo?
- Chciałbym odwiedzić krewniaczkę, jeśli można.
- Dzisiaj nie ma odwiedzin, ale zaprowadzę pana do dyrektora. Może wyrazi zgodę.
- Byłbym niezmiernie wdzięczny.
- Proszę zaparkować samochód w wyznaczonym miejscu.  - Powiedziała kobieta wskazując palcem miejsca parkingowe wyłożone kostką granitową.  - Nie można blokować głównego wejścia ze względów bezpieczeństwa.
 - Oczywiście. - Powiedział Pan i natychmiast zastosował się do poleceń. Nie chciał robić złego pierwszego wrażenia. Mogłoby to źle wpłynąć podczas rozmowy z dyrektorem. Pan miał bowiem wrażenie, że w tych pięknych okolicznościach przyrody jest mimo wszystko bardzo dokładnie obserwowany. Miał zresztą rację. 
        Szedł za pielęgniarką lewym korytarzem biegnącym z imponującego holu. Na marmurowej posadzce odbijał się gdzieś w oddali stukot butów. Uwagę Pana na chwilę zajmowało rozwikłanie zagadki - czyje to buty skoro pielęgniarka ma ciche tenisówki. Nim dopasował dźwięk do butów stał już w progu drzwi dyrektora.
- Panie dyrektorze ten pan chciałby odwiedzić jedną z pacjentek. - Powiedziała pielęgniarka.
Dyrektor był wysokim acz szczupłym mężczyzną odzianym w idealnie skrojony garnitur. Lekko połyskujący materiał zdradzał, iż jest to model z górnej półki. Czarny kolor garnituru współgrał z czarnymi włosami mężczyzny, a wąski jaki nosił przywodził na myśl włoskiego kelnera z nadmorskiej restauracyjki. Jedynymi elementami łamiącymi czerń były niebieskie oczy i krawat w tym samym kolorze. Mężczyzna uprzejmie powstał od biurka i powitał Pana.
- Miło mi bardzo jak ktoś odwiedza naszych pacjentów w wyznaczonym do tego czasie.
- Rozumiem. Czy nie można by wyjątkowo i jednorazowo uczynić odstępstwa od tej reguły? - Zapytał Pan z pokorą w głosie.
- Rutyna w przypadku naszych pacjentów jest bardzo ważna. Pewne nawyki są dla nich zbawienne. Niekiedy przy zaburzeniu powtarzalności stają się oni lękliwi. W skrajnych przypadkach musimy nawet opanowywać ataki paniki czy próby samobójcze.
- Nie zdawałem sobie z tego sprawy. - Mówił wyraźnie zaskoczony Pan.
- Przepraszam, że nie spytałem na samym początku. - Mówił ciągle spokojnym tonem Dyrektor. - Jak się nazywa pana krewniaczka?
- Rose panie dyrektorze. Chciałem zobaczyć się z Rose.
- Rose? Dawno jej nikt nie odwiedzał. Skąd ta zmiana?
- Czuję się okropnie, bo zaniedbałem swoją ciotkę. Dużo przebywałem za granicą - wyjazdy, interesy. Potem zmarła mi żona i zrozumiałem, że rodzina jest najważniejsza. - Starał się ugrać nieco na uczuciach Dyrektora. Jednak pozostawał on niewzruszony.
- To musiało być dla pana trudne doświadczenie. 
- Ma pan racje, dyrektorze. Mógłbym chociaż zobaczyć ciotkę?
- Proszę podejść do szklanych drzwi po prawo. Wychodzą do ogrodu zimowego. Rose bierze udział w zajęciach plastycznych. 
Pan podszedł do drzwi i starał się wyłonić z tłumu matkę Pewnej Dziewczynki. Nie szło mu to najlepiej, więc postanowił poprosić o pomoc.
- A która...? - Nie dokończył pytania, bo Dyrektor wchodząc mu w słowo podał instrukcje:
- Zwykle siedzi przy samym oknie, by w nie patrzeć. Mówi, że chce narysować rzeźbę z ogrodu, a tym czasem jej rysunki zawsze są takie same. Maluje wodę i dziewczynkę. Nie przywiązujemy do tego zbytniej wagi. Przy schizofrenii to normalne, że rysunki są niespójne i nieco odwzorowują dom. 
 - No tak. Rose przecież mieszkała nad samym morzem.
 - Dokładnie. Dziewczynka może symbolizować wszystko - od bogini po nią samą. 
 - Jestem panu wdzięczny, dyrektorze. Czuję, że muszę dużo nadrobić z ciotką. Wrócę w porze odwiedzin. 
- Zapraszamy. - Powiedział Dyrektor i zasiadł do biurka sygnalizując koniec rozmowy.
    Gdy tylko Pan opuścił gabinet Dyrektora, znalazła się przy nim pielęgniarka. W swoich tenisówkach była praktycznie niesłyszalna, gdy się poruszała. Eskortowała Pana do schodów. Uprzejmie się z nim pożegnała i odprowadziła wzrokiem do auta. Zniknęła dopiero, gdy Pan wyjeżdżał z parkingu.
     Pan próbował sobie to wszystko poukładać. Rose, jej wygląd, jej obrazy - ta kobieta nie wyglądała tam na szczęśliwą. Dyrektor i pielęgniarka też wzbudzili w nim mieszane uczucia. On uprzejmy, ale zdystansowany. Jakby był całkowicie pozbawiony uczuć. Ona wiecznie czająca się na każdym rogu. Bezszelestnie poruszająca się po korytarzu, jakby umiała latać. 
 - Niby wszystko zadbane, na najwyższym poziomie. A jednak coś mi tam nie pasuje. - Mruknął do siebie pod nosem. - To miejsce skrywa w sobie tajemnice.

Popularne posty